Kazanie Pasyjne na II Niedzielę Wielkiego Postu – pojmanie i proces Jezusa

Farsa procesu

Robert miał niewielką, ale dobrze prosperującą firmę budowlaną. Dorabiał się przez kilka lat, raczej ciężką i uczciwą pracą, nie oszukując i nie prowadząc podejrzanych interesów. Ale i tak w małym miasteczku, w którym mieszkał wszyscy mu zazdrościli i podejrzewali o machlojki. Nie przejmował się tym za bardzo, bo mimo tego miał zamówienia, a ludzie byli zadowoleni z jego usług. Nie było więc podstaw by się niepokoić i przejmować ludzkim gadaniem. Chociaż niektórzy wychodzili ze skóry, żeby mu zaszkodzić, ze zwykłej i całkowicie bezinteresownej zazdrości. Zastanawiało go tylko skąd się takie uczucia biorą, dlaczego ludzie tak wiele wysiłku i pomysłowości używają, żeby zaszkodzić drugiemu. Zazdrość to na pewno najbardziej nieekonomiczne uczucie. Przecież gdyby ten wysiłek i pomysłowość wykorzystali w pozytywny sposób, to sami mogliby żyć znacznie lepiej i dostatniej.

Tego feralnego wieczoru wracał z budowy, którą prowadził w sąsiedniej miejscowości. Nie było ani późno, ani zbyt ciemno, nie padał deszcz. On sam nie był ani zmęczony, ani i tym bardziej pijany, bo nigdy nie pił, nie miał do tego zdrowia i od lat nie wypił nawet piwa. Jechał spokojnie i oto nagle, nie wiedział nawet kiedy, zobaczył kilkuletnie dziecko na masce swojego samochodu … Zatrzymał się natychmiast, wysiadał i podbiegł do leżącego na poboczu dzieciaka. Dziecko nie reagowało, nie ruszało się, nie oddychało. Podniósł je najdelikatniej jak umiał, ułożył na tylnym siedzeniu i pojechał do szpitala. W szpitalu stwierdzono zgon. On sam zgłosił się na policję. Alkomat –jak na złość był zepsuty, ale policjant przyjmujący zeznanie nie stwierdził “spożycia alkoholu”. Niestety w procesie nie dano wiary policjantowi, ale tym, którzy zaświadczyli pod przysięgą, że widzieli go pijącego w tym feralnym dniu na budowie. Zresztą sam proces był farsą, przeprowadzony pośpiesznie i bez zachowania najbardziej elementarnych zasad dochodzenia. Przesłuchano kilku zupełnie przypadkowych świadków, których on sam absolutnie sobie nie przypominał. Kiedy wysiadł z samochodu, aby podnieść dziecko nie spotkał nikogo, nikt nie podszedł wtedy, nie zapytał o to co się stało, nie zareagował, droga była pusta, a tu nagle na procesie tylu naocznych świadków, tylu ekspertów, tylu oskarżycieli! Skąd oni wszyscy się wzięli?

Prokurator zażądał wyroku, obrońca nie próbował go nawet bronić, sąd pośpiesznie i beztrosko zakończył sprawę. Zazdrośnicy byli usatysfakcjonowani, znaleźli w końcu “haka” na tego, który na pewno nie doszedł do takiej firmy w uczciwy sposób i czekali tylko, że prędzej czy później podwinie mu się noga, że wpadnie, że popełni błąd i … nadarzyła się okazja. Czemu nie skorzystać? Nawet jeśli dostanie wyrok tylko w zawieszeniu, to i tak ten nie lubiany “świętoszek” ma za swoje. Nikt na tym nie skorzystał, nikt z tego nic nie ma, ale i on nie będzie się chełpił swoim dobrobytem i swoją podejrzaną uczciwością.

Drobna, niewielka sprawa bez znaczenia. Świat się od tego nie zawalił, nawet w gazetach nie pisano, bo i o czym? Człowiek uczciwy i pracowity został wykończony. Zazdrośnicy, bezinteresowne hieny zadowolone. Nic wielkiego się nie stało.

****************

To samo powtarza się od stuleci … od tysiącleci. Niewygodnemu, niepokornemu, buntownikowi, politycznie niepoprawnemu, a nawet tylko normalnie uczciwemu człowiekowi zawsze można zaszkodzić, wytoczyć sfingowany proces i zawsze znajdą się tacy, którzy go wydadzą, wskażą palcem, oskarżą, dostarczą wygodnych, niezaprzeczalnych dowodów i ostatecznie uciszą. Człowiek prawy jest wyrzutkiem i wrzodem, jest oskarżeniem dla robiących karierę, dla zaangażowanych w polityczne gierki, dla szukających własnych korzyści. Kiedy przyglądamy się starożytnym “aktorom” tego karykaturalnego procesu: Judasz, arcykapłani: Annasz i Kajfasz, namiestnik Piłat, król Herod, tłumy, barbarzyńscy rzymscy żołdacy … to można zobaczyć, że każdy z nich miał interes w “pozbyciu się”, w skazaniu i zamordowaniu Chrystusa i każdy do tego wyroku, na swój sposób przykładał rękę. Co więcej, wszyscy ci “aktorzy” do dzisiaj obecni są w tak wielu współczesnych, “sprawiedliwych” procesach. W każdym systemie politycznym i w każdym systemie społecznym, w każdej warstwie i w każdym czasie znajdą się zdrajcy i krzywoprzysięzcy, którzy za odpowiednią opłatą zeznają, to co należy, to co pasuje oskarżycielom do ich wyroku. W każdej społeczności i każdym systemie i grupie społecznej znajdziemy sprzedajnych judaszy, podstępnych i święcie oburzonych kajfaszy, annaszy i arcykapłanów, ale także bezwolnych i zastraszonych piłatów, skretyniałych herodów. Nie trudno także znaleźć barbarzyńskich oprawców, sadystycznych żołdaków, o czym możemy się przekonać z codziennych wiadomości i doniesień z różnych frontów współczesnych, cywilizowanych wojen. Nie brakuje też na pewno nigdy i nigdzie przekupnych i tępych tłumów, które gotowe są jak w transie krzyczeć “krew jego na nas i na dzieci nasze”. Nie brak i gapiów, którzy przyglądać się będą z rozkoszą najbardziej nawet nieludzkim egzekucjom i widowiskom, bo są one przecież tak ekscytujące. Proces Chrystusa trwa nadal i powtarza się, powiela i zwielokrotnia, ilekroć wygrywa ludzka głupota i zawiść, chciwość i pazerność, przebiegłość i tchórzostwo, koniunkturalizm i zwykła małoduszność, ludzka obojętność i bezduszna miernota. Wystarczy przypatrzeć się tylko naszym czasom i temu co nam oferują współczesne “sprawiedliwe sądy” i “trybunały demokracji”, sędziowie i politycy, twórcy kultury, manipulatorzy pseudo-wartości, piewcy nowej wolności i twórcy nowej mody, i nowej etyki opartej o jedyną zasadę “maksimum przyjemności przy minimum odpowiedzialności”.

Ale najpierw był jeden z Jego zaufanych, jeden z Dwunastu, do którego On nadal zwraca się słowem “przyjacielu(!)”, a który wydaje Go zdradzieckim pocałunkiem. I od tamtego czasu, zawsze znajdzie się jakiś Judasz, który zdradzi, wyda, wskaże palcem, z uśmiechem pocałuje, dla kilku srebrników, dla doraźnej korzyści, dla “wyższych racji”, dla takich lub innych “racjonalnych” czy politycznych powodów. Zawsze znajdzie się jakiś politycznie poprawny Judasz, który doniesie, zadenuncjuje, dostarczy “niezbitych” dowodów, szepnie tam, gdzie trzeba i komu trzeba, żeby niewygodnego wykończyć, żeby leżącemu dokopać, żeby rywala zgnoić. I tak od dwóch tysięcy lat powtarza się ustawicznie zdrada Jezusa, wydawanego i sprzedawanego w Jego braciach, w tych niewinnych i zdradziecko, podstępnie wydanych. Od dwóch tysięcy lat powtarzają się pojmania, w których niewinni traktowani są jak zbrodniarze, a zbrodniarze szyderczo się uśmiechają i stroją się w piórka niewinnych stróżów prawa i sprawiedliwości. I nie trzeba przypominać wielkich procesów politycznych z lat stalinizmu, nie trzeba odwoływać się do specyficznego pojęcia socjalistycznej sprawiedliwości. Wystarczy przyjrzeć się temu co dzisiaj, i co dookoła nas się dzieje. Wystarczy zobaczyć, jak my sami “załatwiamy” porachunki między sobą, jak w cywilizowany sposób i z uśmiechem na ustach, w białych rękawiczkach wykańczamy innych.

A ileż to razy było tak w moim życiu, że i ja doniosłem, wydałem, zdradziłem, bo tak się opłacało, bo tak było wygodniej, bo trzeba było zachować swoją pozycję, bo tego wymagała sytuacja. Ileż to razy ja okazałem się fałszywie uśmiechniętym Judaszem, zdrajcą, sprzedawczykiem, kanalią tylko dlatego, że się bałem, że obiecywano za taką zdradę drobne zyski i niewielkie dopłaty? Ileż to razy dla tych doraźnych drobnych zysków zdradziłem przyjaciół i zdradziłem, zaparłem się Chrystusa, jak Piotr wołając “Nie znam tego człowieka, co ty wygadujesz. Nigdy z nim nie chodziłem. Nie mam z nim nic wspólnego!!” Ile razy stałem w tłumie i krzyczałem “Na krzyż z nim!”? Czy ja naprawdę nie mam sobie nic do zarzucenia w procesie Jezusa i takich jak On niewinnie skazanych, potępionych, wyśmianych i wyszydzonych? Ilu ludzi żywcem ukrzyżowałem, pogrzebałem, skazałem na nieistnienie, na zapomnienie tylko dlatego, że byli niewygodni dla któregoś z moich szefów? A ilu poświęciłem ze zwykłego lenistwa i konformizmu, mówiąc bezdusznie i szyderczo: “a co mnie to obchodzi, to nie moja sprawa”, albo “nie mój cyrk, nie moje małpy„? I umywałem ręce, jak Piłat zadowolony ze znalezionego kompromisu, z faktu, że udało mi się wyjść z kłopotu przez sprytny i dowcipny gest.

A ty? Czy nigdy nie brałeś udziału w takim procesie? Nie musiał być wielki, nie musiał toczyć się przed sądem. Nie trzeba było nawet składać fałszywych zeznań czy fałszywie przysięgać. Wystarczyło, że we właściwym momencie przytaknąłeś głową, że szepnąłeś kilka wątpliwych “prawd” komu trzeba, że nie zareagowałeś wtedy, kiedy kogoś wykańczano, że siedziałeś cicho, żeby nie stracić pozycji. Wystarczy, że dla utrzymania swego “status quo”, swojego stołeczka biłeś brawo, kiedy należało krzyczeć: “nie zgadzam się, to nieprawda!!!”. Wystarczy, że byłeś w tłumie potępiających bez jakichkolwiek dowodów winy. To wystarczy. Parodia procesu, kpina ze sprawiedliwości i praworządności, naginanie faktów do z góry przyjętych założeń, śmierć cywilna na którą skazujemy tych wszystkich, którzy są niebezpieczni, albo tylko niewygodni, albo tylko inaczej myślący, nie poddający się powszechnemu praniu mózgów … szczucie plotkami i pomówieniami, to stale powracające elementy tego samego procesu Jezusa, sfingowanego i niesprawiedliwego procesu! Od 2 tysięcy lat karykatura procesu Jezusa powtarza się ustawicznie. I my ustawicznie bierzemy udział w tych bezprawnych, szyderczych procesach, w sposób świadomy lub nawet nie do końca świadomy, a jednak nigdy nie bez winy.

Analiza procesu Jezusa, prowadzanie skazanego przed wyrokiem od Annasza do Kajfasza, od Heroda do Piłata, pokazuje nie tylko niesprawiedliwość i bezprawność tego procesu, ale i nieudolność całej “maszyny sprawiedliwości”, ludzkiej sprawiedliwości, która bezlitośnie miele swoje ofiary. Ta nieudolność i bezduszność widoczna jest przecież do dzisiaj we wszystkich “praworządnych” i konstytucyjnych instytucjach, wydających wyroki śmierci już nie pojedynczo, ale zbiorowo, w instytucjach decydujących o losie już nie jednostek, ale całych grup społecznych, całych narodów. A wszystko to w imię prawa i sprawiedliwości, w imię humanizmu, równości i braterstwa, w imię wolności i –ostatecznie- pychy. Europejskie i narodowe parlamenty dekretujące w całym majestacie prawa, z zachowaniem demokratycznych procedur, że dzieciobójstwo nie jest morderstwem, że eutanazja nie jest zbrodnią, to także sfingowane karykaturalne procesy Jezusa. Nie trzeba się odwoływać do nazistowskich i stalinowskich zbrodni ludobójstwa, żeby uświadomić sobie jak bardzo ślepa i bezduszna, jak bardzo wyrafinowana i perwersyjna jest “machina ludzkiej sprawiedliwości” i ludzkiego prawa. I tłumy pytające jak Piłat, z ironią i drwiną: “A cóż to jest prawda?” i z bezduszną tępotą przyklaskujące prześmiewcom i obiecującym złote góry ideologom.

Annasz, Kajfasz, Herod, Piłat, rzymscy setnicy i żołnierze, i tłumy, ludzie którzy bezmyślnie zgadzają się na tę kaźnię i traktują ją jak rozrywkę, oni wszyscy są nadal obecni i nadal skazują, potępiają, wydają wyroki, spiskują i z obojętnością patrzą jak niewinni są poniewierani i mordowani, jak sprawiedliwi wydawani są na śmierć i na pośmiewisko. Proces Jezusa ze wszystkimi jego “aktorami” nieustannie trwa nadal i ja w nim także uczestniczę. Ja także gram w nim jakąś rolę, nawet jeśli jestem tylko bezmyślnym gapiem, niezaangażowanym przechodniem, postronnym obserwatorem.

Panie, przewrotnie skazywany we wszystkich niesprawiedliwych wyrokach świata, sądzony we wszystkich farsach sprawiedliwych procesów … w Twoim pojmaniu i w Twoim procesie one wszystkie są już obecne. A Ty jesteś obecny i skazywany w nich wszystkich, aż do dzisiaj!!!

Plik w formacie „.pdf” do pobrania tutaj

Reklamy
Published in: on 21 lutego 2009 at 5:43  2 Komentarze  
Tags:

Kazanie Pasyjne na I Niedzielę Wielkiego Postu – Modlitwa w Ogrójcu

Męka Chrystusa trwa nadal …

Krystyna od kilku miesięcy pracowała jako szwaczka w niewielkiej, prywatnej fabryce odzieży. Zarabiała niewiele, bo zaledwie 600 złotych miesięcznie, a i to wypłacane przez właściciela zakładu jakby z łaski, w kilku ratach, po 50, 80 czasami 100 złotych. Pracowała codziennie od 7-mej rano do 16-tej, a czasami dłużej, nieraz nawet do 19-tej, czy 20-tej wieczorem. Ale w sumie cieszyła się i z tego, bo miała co miesiąc kilka groszy, za które mogła kupić lekarstwa dla swojego chorego dziecka. Mąż odszedł od niej 3 lata temu, kiedy okazało się, że dziecko urodziło się z wodogłowiem. W życiu codziennym pomagali jej rodzice pracujący jeszcze na roli, mimo swoich ponad 70 lat. Ale na lekarstwa już nie wystarczało i dlatego nawet ta mizerna i niewolnicza praca była dla niej wielką szansą i pomocą, aby związać koniec z końcem. Właściciel wprawdzie traktował pracowników jak niewolnice i niejednokrotnie wrzeszczał odgrażając się zwolnieniem wszystkich, jeśli nie zostaną wieczorem na kilka dodatkowych godzin. Nie płacił w ogóle za te dodatkowe, nadliczbowe godziny uważając, że i tak robi im łaskę dając im zatrudnienie i możliwość zarobienia tych kilku złotych. Ale znosili to wszyscy cierpliwie i z pokorą, nie próbując nawet protestować, bo każda taka próba mogła się skończyć wywaleniem z pracy, a tego nie chciał nikt. Od dwóch tygodni jednak aroganckie wrzaski pracodawcy stały się nie do wytrzymania. Krystyna bała się każdej jego wizyty w zimnej, nie ogrzewanej sali, gdzie szyła codziennie, godzinami, schylona nad maszyną. Od kilku dni, jakby upodobał sobie w upokarzaniu właśnie jej, czepiając się i wygrażając jej nieprzyzwoitymi słowami. Groził coraz bardziej ordynarnie zwolnieniem twierdząc, że na jej miejsce ma pięć innych, którzy będą pracować wydajniej i dokładniej. A w niej narastał lęk przed zwolnieniem, przed utratą pracy i tych kilku złotych, które tak bardzo były jej potrzebne na lekarstwa dla 3 letniego chorego synka. Narastał w niej nie tylko lęk, ale i znużenie monotonną pracą w zimnie, znużenie i zmęczenie życiem i wrzaskami właściciela, który stawał się coraz bardziej nieludzki, a nawet chamski. Tak bardzo gorąco modliła się codziennie, tak bardzo prosiła Pana Boga o to, aby skończył się ten koszmar niepewności i zastraszenia, ta eskalacja pogardy i poniżenia.

I pewnego wieczoru nie wytrzymała. Przyszła z pracy późnym wieczorem, po raz kolejny upokorzona i poniżona przez nieludzkiego pracodawcę. Rodzice już spali, spało też jej upośledzone dziecko. Wyjęła je z łóżeczka i poszła z nim nad zamarzniętą cienkim lodem rzekę. Wychodząc z domu napisała kilka słów dla rodziców, wyjaśniając, że nie jest już w stanie znosić dłużej tych upokorzeń, poniżania, obelg i biedy w jakiej żyje, zależności we wszystkim od rodziców, świadomości, że jest dla nich ciężarem, a przede wszystkim niepewności jutra, spowodowanej ustawicznymi groźbami pracodawcy.

Ciało jej i dziecka znaleziono kilka dni później na jednym z progów rzecznych. Rodzice poszli do właściciela zakładu i pokazali mu list swojej córki. Wyśmiał ich i wyrzucił za drzwi.

****************

Tegoroczne rozważania Męki Pańskiej rozpoczynamy od tego co stało się w Ogrójcu, od tej jedynej i niepowtarzalnej modlitwy Boga-Człowieka, Jezusa Chrystusa, w czasie której sam Bóg zaczął odczuwać lęk i drżenie, od tej wstrząsającej chwili, w której sam Bóg poci się krwawym potem. Warto jednak zobaczyć tę chwilę, te kilka, kilkanaście minut modlitwy w szerszym kontekście. Zazwyczaj wzruszamy się śpiewając w Hymnie Gorzkich Żali:

Żal duszę ściska, serce boleść czuje, *
Gdy słodki Jezus na śmierć się gotuje; *
Klęczy w Ogrójcu, gdy krwawy pot leje, *
Me serce mdleje.

Warto się zastanowić dlaczego? Co spowodowało u Niego ów krwawy pot? Co takiego zobaczył, co przeżył, czym się przeraził ten 33 letni człowiek, Bóg-Człowiek (!), iż doznał tak głębokiego wstrząsu, że jak pisze św. Łukasz “…Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię.” (Łk 22:44)?

Czy widział wtedy tylko swoją własną mękę i śmierć? Czy bał się jedynie tego, co Jego samego czekało? Czy w tej chwili głębokiej i osobistej rozmowy z Ojcem nie widział także i tego wszystkiego, co miało spotkać Jego braci i siostry, jak On; pogardzanych, odrzuconych, wyśmianych, prześladowanych? Czyż nie widział i nie czuł całego bólu ludzkości, tych wszystkich milionów umierających, odrzuconych, lekceważonych, wyśmiewanych, bezbronnych? Czyż nie przeżywał także ich opuszczenia, ich lęku i ich trwogi? Bóg człowiek pocący się gęstymi kroplami krwi, przeżywa z całą wyrazistością i rozdzierającym bólem trwogę konania wszystkich tych, którzy konali, konają i konać będą w ciągu całej historii ludzkości. On poci się krwawym potem, bo nosi w sobie lęk konania i agonię tych milionów – jak On niewinnych – skazańców, którzy oczekują na śmierć, do śmierci się przygotowują, swoją męczeńską śmierć boleśnie i jeszcze przed śmiercią przeżywają.

To ich ból i ich lęk, ich trwoga i ich przerażenie jest powodem Jego bólu i trwogi konania. Nie bez przyczyny bowiem pisze Izajasz w jednej z pieśni o cierpiącym Słudze Jahwe: “Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego.” Ale także “Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ranach jest nasze zdrowie.” (Iz 53:4-5) On naprawdę wziął na siebie wszystkie nasze cierpienia i nasze lęki, nasze choroby, ale i nasze grzechy, nasze zwątpienia i nasze troski.

Ksiądz Massimo Astrua w swej niewielkiej książeczce: “I was prześladować będą. Męczennicy XX wieku”, pisze, że w pierwszych wiekach chrześcijaństwa zostało zamordowanych około 7 milionów 730 tysięcy chrześcijan.

I tak:
w roku 40 po Chrystusie – zginęło około 1 000 chrześcijan
w roku 50 po Chrystusie – 1 400
w roku 150 po Chrystusie – 40 500
w roku 200 po Chrystusie – 217 800
w roku 250 po Chrystusie – 1 171 000
w roku 300 po Chrystusie – aż 6 299 000
———————————————————————-
w sumie, ciągu trzech pierwszych wieków – 7 725 700.

Ale warto pamiętać i o tym, że jedynie w ubiegłym, XX wieku zginęło ponad 45 milionów (!!!) TAK 45 MILIONÓW chrześcijan, i to tylko dlatego, że byli wierzącymi. I to wiek XX próbował nam wmówić, że “człowiek to brzmi dumnie”. To także z ich powodu Jezus w Ogrójcu poci się krwawym potem. To z ich powodu prosi swoich uczniów: “Smutna jest moja dusza aż do śmierci; zostańcie tu i czuwajcie ze Mną!” (Mt 26:38)

Bo kiedy Pismo święte mówi: “On wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby„. (Mt 8:17; Iz 53:4-5) to można w tym obrazie widzieć także tych wszystkich, z którymi Chrystus się utożsamia, a którzy jak On niewinnie skazani, bez wyroku i bez sądu, zostali straceni, potępieni, szykanowani, represjonowani, wyrzuceni na margines (Mt 25:40 i 45). On rzeczywiście wziął na siebie cierpienia nas wszystkich, a szczególnie tych najsłabszych. On już w Ogrójcu przeżywa śmierć nie tylko swoją, ale i tych milionów niewinnych, na których wydano szydercze wyroki i których bestialsko zakatowano, zamordowano, utopiono, którym poderżnięto gardło, spalono, tylko dlatego, że wierzyli w Chrystusa. Ale i tych zaszczutych w naszych nieludzkich społecznościach, wyśmianych i szykanowanych, słabych i bezbronnych, którymi nikt się nie przejmuje.

Obraz niewinnego baranka, pocącego się krwawym potem, to także obraz tych, którzy w naszych czasach (Afryce, w Azji, ale i w cywilizowanej Europie) cierpią prześladowanie i represje, tych o których Papież Jan Paweł II mówił, że jest “głosem tych, którzy głosu nie mają„.

To za nich poci się krwawym potem, to za nich modli się w Ogrodzie Oliwnym Bóg-Człowiek, Jezus Chrystus. To za nich prosi, aby oszczędzony im został ten kielich goryczy, aby ominęła ich ta godzina. On się z nimi utożsamia tak głęboko, że wszelkie zło, wszelka krzywda wyrządzona człowiekowi Jego dotyka …. “Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25:40). Czy my zdajemy sobie sprawę, co znaczą te słowa? “Wszystko !!!, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” A co ja uczyniłem?, co ja nadal i codziennie czynię?

W jednym z komunistycznych więzień Rumunii, w czasach stalinizmu trzymani byli klerycy, których poddawano wyrafinowanym torturom cielesnym i duchowym zanim zdecydowano się ich rozstrzelać. Wieloosobowe cele więzienne pełne były robactwa i szczurów. Brak było w celach podstawowych urządzeń sanitarnych, a klerycy załatwiali swoje potrzeby do wiader. Aby ich zmusić do przyznania się do niepopełnionych win, aby ich złamać i upokorzyć, codziennie rano, po pobudce zanurzano im siłą głowę w wiadrach pełnych ich własnych ekskrementów. Po kilku tygodniach tego rodzaju porannych ćwiczeń, klerycy byli już tak “wytresowani”, że sami, bez zewnętrznego przymusu “nurkowali” głową w wiadrach. A ich oprawcy śmiali się z tej “porannej toalety”. Byli tak otępiali stosowanymi wobec nich metodami przesłuchań, że nie protestowali nawet wtedy, kiedy życie każdego z tych 17 kleryków kończyło się tym samym, strzałem w potylicę.

“Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.” (Mt 25:40). Chrystus w Ogrodzie Oliwnym poci się krwawym potem nie tylko dlatego, że widzi swoją mękę i upokorzenie, że przeżywa trwogę konania, że sam “na śmierć się gotuje”. On naprawdę “obarczył się naszym cierpieniem, On naprawdę dźwigał nasze boleści …a myśmy Go za skazańca uznali, za godnego pogardy,” za kogoś, kim można bezkarnie pomiatać, z kogo można się bezkarnie śmiać.

Warto zrobić sobie rachunek sumienia i zapytać: ile z tych cierpień ja sam spowodowałem, do ilu (być może nawet) śmierci, niewinnych śmierci ja się przyczyniłem? Tak łatwo jest się wzruszać cierpieniami Chrystusa, tak trudno dostrzec tegoż samego Chrystusa w człowieku żyjącym obok mnie.

Plik w formacie „.pdf” do pobrania tutaj

Published in: on 7 lutego 2009 at 23:04  4 Komentarze  
Tags: